CARAVAN PALACE - Relacje
8 lutego 2009
Warszawa, Fabryka Trzciny
   

 

FRANCUSKA MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA - (2009-02-09)

Niewiele ponad godzinę trwał koncert francuskich multiinstrumentalistów z Caravan Palace. I tyle w zupełności wystarczyło im, żeby rozkochać w sobie publiczność przybyłą w niedzielny wieczór do Fabryki Trzciny.

Do przyjścia na koncert Caravan Palace organizator kusił buńczucznymi zapowiedziami o geniuszu pokroju Django Reinharda, który miał być obecny w grze gitarzysty, Arnaud'a Vial'a. I zderzony z elektroniką!

W pierwszej chwili pomyślałem z sadystyczną satysfakcją o ostrzu krytyki, które będzie można skierować w profanów. W drugiej, że jeśli to nie czcze przechwałki, to nigdy nie daruję sobie, że tego nie usłyszałem. Ciekawość tym razem nie zawiodła do piekła.

Dźwiękowy raj, który rozkwitł w dużej sali Fabryki Trzciny (tej na pięterku), w pełni uzasadnia cenę biletów na koncert (75 i 90 zł) i pozwala zrozumieć nadfrekwencję publiczności. A karkołomny pomysł przyobleczenia swingowego szaleństwa w electro-wariactwo daje Caravan Palace. powody do dumy.

Pierwsze trzy utwory, w kolejności znanej (nielicznym) z płyty (od jesieni ubiegłego roku polski dystrybutor nie rozpieszczał potencjalnych nabywców, "Caravan Palace" z rzadka tylko gościła na sklepowych półkach) rozbujały tłum nie tylko pod sceną, ale i w najmroczniejszych zakamarkach sali.

Po pierwszych, "Dragons", "Star Scat" i "Ended with The Night", odegranych przez kwintet instrumentalistów, w "We Can Dance" pojawiła się urocza wokalistka Colotis Zoe.

Charyzmatyczna brunetka zawładnęła sceną. Acz nie egoistycznie i skupiając na sobie całą uwagę publiczności, ale z wyczuciem i częstymi wycieczkami na lewą flankę, gdzie "kłóciła się" z grającym na elektrycznych skrzypcach Hugues'em Payen'em.

Równie często przechodziła na prawo, do klarnecisty, Camille'a Chappeliere'a. Przy czym pisząc "skrzypek", czy "klarnecista", stosuję pewne uproszczenie. Bowiem każdy z artystów tworzących Caravan Palace robi wiele więcej ponad standardowe granie swoich regularnych partii na jednym instrumencie.

W kolejnym utworze, "Bambous", Antoine Toustou, którego można było dotychczas określić mianem DJ'a, klawiszowca, programisty i wokodero-wokalisty należało zweryfikować i nazwać zgodnie z aktualnym stanem puzonistą! A to i tak nie wszystkie jego role podczas tego występu!

Później objawił nam się jeszcze jako bębniarz i turntable'ista. Śmielej poczynał też sobie wokalnie, a w końcówce "La Caravane" z kontrabasistą, Charles'em Delaporte'em i gitarzystą rozpętali istną rave'ową dyskotekę przy użyciu sekwencerów i samplerów.

Dużą część materiału z ubiegłorocznej, debiutanckiej płyty (zatytułowanej nazwą zespołu), Caravan Palace upiększali popisami solowymi i improwizacjami. Znaleźli też miejsce na zgrabne wplecenie cytatów z kilku standardów, m.in. rewelacyjnego "Minnie The Moocher" Caba Collowaya (pewnie znanego publiczności bardziej z brawurowego wykonania Blues Brothers, co nie ma większego znaczenia, bo dialog z uroczą wokalistką wyszedł publiczność porywająco), które usłyszeliśmy tuż po równie gorąco przyjętym "Milkshake". Znamienne, że cała maszyneria obsługiwana przez trzech wymienionych muzyków, nie zdominowała akustycznych brzmień (wyłączając ewidentne fragmenty clubbingowe). Co więcej, ani przez chwilę podkłady z samplera nie zachwiały wiary w granie live kontrabasisty, czy pozostałych instrumentalistów.

Po klasycznym "Minnie The Moocher" w Fabryce Trzciny rozbrzmiały jeszcze m.in. "Je M'Amuse", "Jolie Coquine", czy wspomniane już "La Caravane".

W wolniejszych partiach muzyka Caravan Palace może kojarzyć się ze ścieżką dźwiękową jakiegoś filmu noir. A głos Colitis Zoe, mimo oryginalnej barwy, momentami przywodzi skojarzenia z szaloną Josephine Baker, czy Billie Holiday.

Muzyczne art deco uwspółcześnione niezbyt wyrafinowanymi, ale skutecznie zmuszającymi do tańca, bitami pozawala francuskiej grupie z optymizmem patrzeć w przyszłość. W przyszłość, w której, jeśli wierzyć Hugues'owi Payen'owi, znajdzie się niebawem miejsce na kolejną wizytę jego zespołu w Polsce.

Nikt z obecnych tego wieczora w Fabryce Trzciny nie miałby chyba nic przeciwko powtórce, bo po "La Caravane", kiedy muzycy zeszli ze sceny, podniosła się wrzawa i tupot bardziej kojarzące się z piłkarskim stadionem, niż z Centrum Kultury, jak każe o przybytku na warszawskich Szmulkach mówić jego właściciel.

Grupa czym prędzej wróciła, żeby brawurowo zagrać i zaśpiewać "Brotherswing". Podczas tego grande finale mieliśmy okazję zobaczyć dziarską Colotis w electro-kujawiaku odtańczonym z Camille'em - klarnecistą.

Warszawska publiczność oczywiście także podczas bisu nie ustawała w wysiłkach mających udowodnić, że jest najbardziej feedbackowa i zabawowa na świecie. Przejmowała energię z muzyki i oddawała ją muzykom w postaci oklasków i entuzjastycznych okrzyków.

A co z tym gitarzystą, co to miał przywołać ducha Django Reinhardta? W pierwszej części koncertu, gdzie więcej go było słychać, faktycznie grał w klimacie cygańskiego geniusza. O ile jednak estetyką nawiązywał do międzywojennego mistrza, to maestrią mu nawet nie próbował dorównać i skupiał się na melodiach, a nie sztuczkach technicznych.

Przyznaję jednak, że bez względu na to, jak określać wartość artystyczną tego koncertu, warto było w tę smutną, zimną, deszczową niedzielę rozpogodzić się przy dźwiękach, które mogłyby bawić międzywojenną bohemę, gdyby ta oczywiście zaakceptowała zmasowany rave-atak w drugiej części występu..:)

Zbigniew Zegler / wp.pl





 

Nasza fabryka swinguje, w naszej fabryce jest swing

Wielką radochę sprawiają mi koncerty loterie. Ostatnio jeśli idę na taki, to dobrze trafiam. Koncert loteria to koncert wykonawcy o którym nie mam zielonego pojęcia, nie znam, a przeczytana informacja prasowa brzmi kusząco. Bo jak nie sprawdzić co też mogła wyczarować trójka paryżan zakochanych w swingu, gipsy-jazz i muzyce elektronicznej? O której wyczytałem jeszcze, że zbiera dobre recenzje i daje świetne koncerty.

I nie zawiodłem się. Caravan Palace, bo o nich mowa, dali wczoraj w Fabryce Trzciny fajny, bujający, porywisty koncert. Trójka kompozytorów (podstawowy skład CP to trzech el-kompozytorów!) dobrała sobie świetnych multiinstrumentalistów. To, że ściągają tłumy w całej Europie nie dziwi mnie już dziś. No i te instrumentarium... Zostawiam Was z obrazkami.

ARTUR RAWICZ / www.fotoamatorszczyzna.blox.pl

 




Relacja w TVN Warszawa z YouTube:

 

f
d

 

 
 

 

Foto: Rafał Nowakowski

 

Foto: Rafał Nowak