| |
|
T: Czy jesteś kosmopolitaninem?
F: Zdecydowanie tak. Zawsze byłem fanem Nowego Jorku, jestem Nowojorczykiem. Jeśli miałbym jednym słowem opisać świat, byłby to Nowy Jork. Żyję na Brooklynie, gdzie znajduje się największa populacja Polaków w całych Stanach, Rosjanie, Irlandczycy, wszystkich ich znajdziesz w Nowym Jorku. Ludzie z całego świata czynią to miejsce wyjątkowym. Przez ostatnie 10 lat sporo podróżowałem dookoła świata. I wszędzie czułem się, jakbym miał Nowy York w większej skali. I kiedy wracam do domu stwierdzam jednoznacznie, że jest to najlepsze miejsce do życia.
T: Huey powiedział, iż jego najlepszym i jedynym przyjacielem jest Nowy York. Czy podobnie jest w Twoim przypadku?
F: Huey był w innej sytuacji. Moja rodzina była i do dziś jest zżyta, wspierała mnie. Huey był dzieckiem ulicy, musiał uważać sam na siebie. Dlatego Nowy York jest dla niego jak matka. Mógł liczyć tylko na swojego psa - Sugar. Dzieciaki, które żyją na ulicy od początku muszą nauczyć się dbać o siebie, to inny tok myślenia, niż u ludzi, którzy mają normalne rodziny.
T: Wielu muzyków pochodzi z Brooklynu. Każdy z nich miał odmienne dzieciństwo. Jakie było Twoje dzieciństwo?
F: Mój ojciec był oficerem marynarki wojennej, pracował też dla IBM przez 35 lat. Wiele podróżowaliśmy po całych Stanach, lecz gdy wyjechaliśmy z Nowego Jorku, wiedziałem iż to jest właśnie moje miejsce, później wyjechali oni na Florydę, a ja zostałem w Nowym Jorku. Moi rodzice są Luteranami, ludźmi religijnymi, a przez to ludźmi bardzo dobrymi i kochanymi, nauczyli mnie dbać o siebie. Umożliwili mi opuszczenie domu rodzinnego w wieku lat 18, mogłem żyć na własny rachunek. Dzięki temu jeszcze bardziej kocham Nowy Jork. Dzięki niemu podróżujemy. Teraz jesteśmy w Warszawie, przyjeżdżamy do Polski od 10 lat, swój pierwszy koncert tutaj graliśmy w Krakowie, w więzieniu. Kochamy to, co robimy.
T: Wiemy, że to Barry White uratował Wasze życia.
F: On uratował życie Huey'a. I uratował też moje, chyba większości ludzi. Muzyka z przesłaniem miłości ma największą moc, większą niż śpiewanie o nienawiści. Jest to ten rodzaj uczuć, który czuć i pielęgnować jest łatwiej. I tak było z Barry White'm, który nie sądził ludzi, za to kim byli, reprezentował siebie, swoją duszę. A czy Barry White uratował Twoje życie?
T: Niekoniecznie. Wcześniej słuchałem innej muzyki, zacząłem go słuchać stosunkowo niedawno, jakieś trzy lata temu.
F: On miał wiele niesamowitych utworów. Podobnie było ze mną. Dorastając słuchałem muzyki elektronicznej, dorastałem też przy Pink Floyd, Barry White, James Brown. Dziś cieszę się, będąc w zespole z tymi dwoma ludźmi, ponieważ wspólnie tworzymy tak zwariowaną muzykę. I fakt, że słucham Barry White'a od dziesięciu lat jest dla mnie bardzo inspirujący. Barry White napisał książkę, w której o nas wspomniał. Mimo, że nas nie znał, ale wiedział o trzech kolesiach z Nowego Jorku jest pewnym błogosławieństwem.
T: Na wcześniejszych płytach duch NYC był wszechobecny, ale dla mnie "Livin' In The City" jest odą do tego miasta.
F: Tak. Zasadniczo główną inspiracją do tekstów są doświadczenia Huey'a związane z NYC, zbiera je jeżdżąc rowerem, spacerując z psem etc. "Welcome To Poppy's" była dla niego płytą trudną, ponieważ wówczas miast przechodziło przez piekło, okres poważnych zmian. Dlatego też znowu kochamy NY, ponieważ to miasto wciąż się zmienia, odradza się, co też nie jest łatwą rzeczą. Na tej płycie wracamy do pozytywnych aspektów, do miłości do NYC. Podobnie Frank, który pochodzi z Leicester z Anglii po przyjeździe do NYC też się inspirował tym miastem. Większość płyty nagrałem będąc w Londynie, jest to zatem swoista mieszanina stylów z różnych miejsc.
T: Dla mnie NYC to magiczne miejsce, nie byłem tam, ale słuchając płyty czuję się jak obywatel tego miasta.
F: Mamy to samo z Polską, czujemy się, jak Wasi dalecy kuzyni z Nowego Jorku. Mogę się założyć, iż tymi samymi problemami co tutaj, żyją ludzie mieszkający dwa bloki ode mnie na Brooklynie.. Wszyscy jesteśmy braćmi, choć od innych matek. I o tym pamiętamy.
T: Wasza muzyka była definiowana jako "kryminalny hip hop".
F: Ale to dlatego, że graliśmy w więzieniach podczas press-tour. Dla mnie to jakieś nieporozumienie. Kiedy ludzie przychodzą na koncert, to przychodzą w konkretnym celu, zobaczyć zespół rockowy. Kiedy nagrywasz płytę, masz nad nią pełną kontrolę, nagrywasz w stereo, regulujesz głośność, poziom basu. Kiedy grasz koncert muzyka się wyzwala i wszystko może się wydarzyć. Dziś będziemy grali dwie godziny, zagramy ok. 25 piosenek. Jeśli tylko miałbym możliwość, mógłbym grać nawet przez trzy, cztery godziny, ponieważ każdy utwór żyje swoim życiem. Ludzie przychodząc na koncert oczekują hitów, singli, ale wychodząc z naszego koncertu, mówią: usłyszeliśmy "Scooby Snacks", "Loco", "King Of New York", ale też i inne utwory, które bardzo lubię. Nigdy nie będziemy zespołem znanym z singli. Nie ma jednej piosenki, która mogłaby opisać nasze nagrania.
T: Wiem, że inspirowały Was stare filmy gangsterskie.
F: Kiedy rozpoczynaliśmy na początku lat 90. wciąż w mieści miały miejsce porachunki gangsterskie. John God poruszał się w garniturze za 3 tysiące dolców, nie wiedząc że wygląda jak robotnik budowlany. Ci ludzie tworzą wizerunek Nowego Jorku. Kiedy Polacy przyjeżdżają do Nowego Jorku, przywożą tam również swoją kulturę. Nie są po prostu Nowojorczykami. Są polskimi Nowojorczykami, niemieckimi, angielskimi, irlandzkimi, belgijskimi. Ludzie przyjeżdżając tutaj opuszczają domy rodzinne. Dlatego Nowy Jork jest tak stylowym i wielokulturowym miejscem. Ludzie zabierają z domów rodzinnych do Nowego Jorku rzeczy, które kochają. Dzięki temu to miejsce, a w szczególności Brooklyn możesz pokazać dosłownie każdemu.
T: Słyszałem, że na początku graliście coś na kształt techno.
F: Jak wspominałem grałem na klawiszu. Kiedy przyjechałem do miasta, kupiłem swój pierwszy sampler, dzięki któremu graliśmy w klubie nocnym muzykę dance. Huey wykombinował, żeby zwolnić podkład, dodać do tego rap, rock'n'roll. Kiedy tworzyliśmy pierwszy kawałek, mieliśmy z 20 płyt, sampler i gitarę. Wówczas stworzyliśmy "Grave In And The Constant", "Passive Agressive", w sumie 4-5 piosenek. Pisaliśmy przez pół roku, przez tydzień nie stworzyliśmy nic, by później w ciągu dnia napisać trzy utwory. Nie robiliśmy nic na siłę, to się działo. Kiedy jesteś na trasie, działasz według grafiku: musisz być tu o danym czasie, udzielić wywiadów, pojechać na wywiad do telewizji, który będzie trwał 15-20 minut, później wyskoczyły jeszcze warsztaty gitarowe, żeby pograć dla dzieciaków w celach charytatywnych. I to jest fajne, lecz nikt nam o tym nie powiedział. Ale możemy to zrobić, pokazać gitarę, bas. Gramy dwugodzinny koncert, na to czekamy cały dzień. Jesteśmy po długiej podróży, jesteśmy zmęczeni, udzielamy wywiadów, robimy próbę dźwięku, a później słyszysz od kogoś, że tu jechał sześć godzin. To mi imponuje, że dzwoniłeś do kumpla, żeby kupić naszą płytę i jechałeś sześć godzin, m.in. po to, żeby kupić płytę. To teoria względności, wszyscy jesteśmy ludźmi. Szczęśliwie jesteśmy tu, gramy koncert na powietrzu, będzie trochę zimno, ale mamy garnitury, założymy coś pod nie i jakoś pójdzie.
T: Czy użyliście sampli na "Livin' In The City"?
F: Wszyscy, którzy wiedzą jak tworzymy muzykę, wiedzą że samplujemy magicznie. Nie jak inni muzycy, dlatego nie lubię takich bezpłodnych artystów. Uważam, że oni oszukują. Słuchając naszej muzyki możesz wychwycić sample, które znasz, jak i te, których nie znasz, rzadkie dźwięki. Taki Puff Daddy bierze sampel z "Every Breath You Take", bo wszyscy to znają, dodaje rap i nagle wszyscy kochają ten utwór. Dla nas sampling polega na manipulowanie dźwiękami innych. Czasami płacimy za sample, jak w "Gave Up On God", chodzi o temat z pianinem. Nie chcieliśmy w nim grzebać, więc za niego zapłaciliśmy. Każdy utwór ma sample, ale sztuka w tym, które są "czyste". Obecnie sampling jest nielegalny, nielegalne jest używanie sampli czystych. To, co robimy jest więc jakąś gangsterką. Ale tym nikogo nie zabijamy, pragniemy zaprezentować muzykę w inny sposób. Ale takie jest prawo. Bardzo trudno jest wyłapać w radio Barry White'a, czy Jamesa Brown'a, a zamiast tego masz pełno kiepskiego rocka.
T: Czy to prawda, że "LITC" został nagrany na jachcie?
F: Nie, to nie jest prawda. To wymysł jakiegoś kanadyjskiego dziennikarza. Byliśmy na łodzi, dokonaliśmy tam pewnych nagrań, lecz płynięcie z Nowego Jorku do Dublina i nagrywanie nie byłoby zbyt fartowne. Wszystko nagrywaliśmy w Nowym Jorku, w Londynie robiliśmy przedprodukcję, ale właściwy proces miał miejsce w Brooklynie, w tamtejszych studiach.
T: DiFontaine to nie tylko Wasz label, lecz również przedsiębiorstwo.
F: Gdy zakładaliśmy zespół pomyśleliśmy, by połączyć muzykę z interesami, dzięki czemu chcąc podpisać kontrakt, za darmo uczysz się biznesu. Uczyliśmy się tego, ponieważ uznaliśmy to za istotne wchodząc do tego biznesu, być uczciwym, otaczać się właściwymi ludźmi, a nie szumowinami. W końcu nauka jest częścią życia. Mając wokół nas zaufanych ludzi, mogliśmy pozwolić sobie na wideoklipy, jakie tylko chcemy. Dziadek naszego przyjaciela, dj'a miał firmę śmieciarską i przejęliśmy ją od niego. Już na starcie mieliśmy kilka samochodów. Poza tym stworzyliśmy linię odzieży dla "niego" i dla "niej", nasz perkusista Frank stworzył kolekcję "stink", wcześniej odpowiadał za linię "stench".
T: Z którą płytą FLC jesteś najbardziej zżyty?
F: Z pierwszą. To płyta, na którą czekaliśmy całe życie, dużo się przy niej nauczyliśmy. Kolejne płyty nagrywaliśmy w dwu-trzy letnich odstępach czasu, więc większość doświadczenia pochodzi z okresu nagrania pierwszej płyty, a nie tych krótkich odstępów. Poza tym ta płyta uratowała nas. W ogóle teraz trudniej jest zaistnieć, wcześniej łatwiej było dostać się do radia. Ale wciąż to robimy i sprawia nam to przyjemność.
T: Ostatnie pytanie: trzy rzeczy, bez których nie wyobrażasz sobie życia.
F: Tlen, najważniejsza dla mnie rzecz. Potrzebuję powietrza, dlatego nie mógłbym żyć w Los Angeles. Gdy tlen jest czysty, czuję się dobrze. Potrzebuję też dobrego jedzenia. A trzecią jest swobodny dostęp do rzeczy, bez których nie wyobrażam sobie życia: alkoholu, marihuany. Nawet papierosy nie dają mi takiej satysfakcji. Bez tych rzeczy wariuję. Tak samo dziś na 20 minut przed wyjściem na scenę zaczniemy pić dużo tekili, ponieważ zawsze to robimy o 21.
Wywiad przeprowadził:
Tomasz Mądry
Dziennikarz Polskiego Radia
|
|