| |
|
Rzadko trafia się okazja spisania wrażeń z imprezy, na jaką się czeka
z takim utęsknieniem i zaangażowaniem, jak czekał na występ Nicoli Conte
piszący te słowa. Nie chcąc uronić ani jednego aspektu tak spektakularnego
początku imprez pod szyldem Bossa Bar, wprowadźmy chronologiczny porządek
rzeczy i reporterską dokładność.
Od początku nad imprezą panował duch iście polskiej, niby beznadziejnej,
ale zawsze kończącej się "w sumie" pomyślnie walki z rzeczywistością.
Pierwsza wpadka miała miejsce podczas promowania imprezy w prasie i radio,
gdzie mylnie podawano jej datę. Na całe szczęście naprawdę zainteresowani
tą muzyczną ucztą (należy wierzyć, że oprócz przypadkowych gości tacy
się również znaleźli) dobrze znali datę i miejsce, toteż znaleźli się
w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Troszkę wcześniej oczywiście,
żeby wprowadzić się w odpowiednio błogi nastrój w tak zimną jesienną noc.
I tu nastąpiła druga bolesna wpadka, z punktu widzenia piszącego te słowa,
a sądząc z miny samej gwiazdy wieczoru, dla jego uszu jeszcze boleśniejsza.
Nicola, który na całym świecie zyskał sławę i kult najbardziej twardogłowego
"jazzowego" dj'a, był supportowany przez młodych ludzi grających
(nie najlepiej) mocno nieokrzesany "filtrowany" house...
Tym cudowniej było przeżyć tą chwilę, kiedy Nicola bezpardonowo zdjął
płyty swoich poprzedników i zaczął seta dla mocno rozkręconej (sic!) publiczności
od swoich totalnie downtempowych propozycji, z jakich znamy go głównie
ze składanek spod znaku drum and bossa. Wysłał tym samym wszystkich fanów
swojskiej biesiady bardziej niż muzyki do baru po napoje "chłodzące",
a sam zaczął żmudne prace nad zmianą klimatu na parkiecie, wyłuskując
z "barowej" gawiedzi co bardziej wrażliwe na dźwięki jednostki.
Po krótkiej walce z sound systemem Iguana Lounge Baru, spowodowano, że
głośniki zaczęły brzmieć tak dostojnie i majestatycznie jak przystało
w wypadku tak wypieszczonych produkcji, jakie Conte zdecydował się prezentować
tego wieczoru (bardzo dużo własnych!). Nic zatem dziwnego, że wraz z podkręcaną
temperaturą i tempem muzyki, wypełniającej bardzo mocnym brzmieniem rustykalno-industrialne
wnętrze klubu, zapełniał się i parkiet, osiągając w szczytowym momencie
poziom intensywności brazylijskiego sambodromu. Mimo, ze w przekroju muzycznym
najwięcej usłyszeć można było nagrań najbliższych brzmieniowo stylowi
Nicoli jako producenta, to jednak udowodnił także, że trzyma rękę na pulsie
jeśli chodzi o najświeższe dokonania producentów wysublimowanej muzyki
tanecznej na całym świecie. Słyszeliśmy skandynawską linię tanecznego
jazzu, londyńskie afro-artowskie i broken beatowe eksperymenty, niemieckie
kombinacje elektroniczne, japońskie samby i amerykański funk.
Podsumowując całą imprezę należy podkreślić uprzejmość i sprawność obsługi
baru i klubu w całości, dzięki której bardzo miło było spędzić czas w
miłej atmosferze i przy miłej muzyczce. Z niecierpliwością czekamy na
następne odsłony Bossa Baru!
bonaventura
Envee (Niewinni Czarodzieje)
F O T O R E L A C J A
|
|