Nicola Conte
25.10.2003, Iguana Lounge,
Warszawa

 

 

   

 

   
   
     

 

 

 

 

 

Rzadko trafia się okazja spisania wrażeń z imprezy, na jaką się czeka z takim utęsknieniem i zaangażowaniem, jak czekał na występ Nicoli Conte piszący te słowa. Nie chcąc uronić ani jednego aspektu tak spektakularnego początku imprez pod szyldem Bossa Bar, wprowadźmy chronologiczny porządek rzeczy i reporterską dokładność.

Od początku nad imprezą panował duch iście polskiej, niby beznadziejnej, ale zawsze kończącej się "w sumie" pomyślnie walki z rzeczywistością. Pierwsza wpadka miała miejsce podczas promowania imprezy w prasie i radio, gdzie mylnie podawano jej datę. Na całe szczęście naprawdę zainteresowani tą muzyczną ucztą (należy wierzyć, że oprócz przypadkowych gości tacy się również znaleźli) dobrze znali datę i miejsce, toteż znaleźli się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie. Troszkę wcześniej oczywiście, żeby wprowadzić się w odpowiednio błogi nastrój w tak zimną jesienną noc. I tu nastąpiła druga bolesna wpadka, z punktu widzenia piszącego te słowa, a sądząc z miny samej gwiazdy wieczoru, dla jego uszu jeszcze boleśniejsza. Nicola, który na całym świecie zyskał sławę i kult najbardziej twardogłowego "jazzowego" dj'a, był supportowany przez młodych ludzi grających (nie najlepiej) mocno nieokrzesany "filtrowany" house...


Tym cudowniej było przeżyć tą chwilę, kiedy Nicola bezpardonowo zdjął płyty swoich poprzedników i zaczął seta dla mocno rozkręconej (sic!) publiczności od swoich totalnie downtempowych propozycji, z jakich znamy go głównie ze składanek spod znaku drum and bossa. Wysłał tym samym wszystkich fanów swojskiej biesiady bardziej niż muzyki do baru po napoje "chłodzące", a sam zaczął żmudne prace nad zmianą klimatu na parkiecie, wyłuskując z "barowej" gawiedzi co bardziej wrażliwe na dźwięki jednostki. Po krótkiej walce z sound systemem Iguana Lounge Baru, spowodowano, że głośniki zaczęły brzmieć tak dostojnie i majestatycznie jak przystało w wypadku tak wypieszczonych produkcji, jakie Conte zdecydował się prezentować tego wieczoru (bardzo dużo własnych!). Nic zatem dziwnego, że wraz z podkręcaną temperaturą i tempem muzyki, wypełniającej bardzo mocnym brzmieniem rustykalno-industrialne wnętrze klubu, zapełniał się i parkiet, osiągając w szczytowym momencie poziom intensywności brazylijskiego sambodromu. Mimo, ze w przekroju muzycznym najwięcej usłyszeć można było nagrań najbliższych brzmieniowo stylowi Nicoli jako producenta, to jednak udowodnił także, że trzyma rękę na pulsie jeśli chodzi o najświeższe dokonania producentów wysublimowanej muzyki tanecznej na całym świecie. Słyszeliśmy skandynawską linię tanecznego jazzu, londyńskie afro-artowskie i broken beatowe eksperymenty, niemieckie kombinacje elektroniczne, japońskie samby i amerykański funk.


Podsumowując całą imprezę należy podkreślić uprzejmość i sprawność obsługi baru i klubu w całości, dzięki której bardzo miło było spędzić czas w miłej atmosferze i przy miłej muzyczce. Z niecierpliwością czekamy na następne odsłony Bossa Baru!

bonaventura

Envee (Niewinni Czarodzieje)


F O T O R E L A C J A