| |
|
"MUZYKA BRONI SIĘ SAMA" - (2009-04-07)
Opowiadanie o wczorajszym występie The Cinematic Orchestra w Warszawie okazuje się być zadaniem wcale nie łatwym. Chodzi o to, że omawiane wydarzenie można zaliczyć do zupełnie innej ligi doświadczeń, niż to co dostajemy na standardowym koncercie.
Chociaż sam klub Palladium z miejscem szczególnie klimatycznym jakoś nigdy mi się nie kojarzył, to muzyka w nim rozbrzmiewająca tego wieczora była wręcz magiczna. Już otwierający utwór, czyli "Burn Out" pokazał, że muzyka tego zespołu, fantastycznie brzmiąca na albumach studyjnych, na koncertach nabiera zupełnie innej jakości.
I tu, na samym wstępie, warto nisko ukłonić się Heidi Vogel, która bezbłędnie radzi sobie ze wszystkimi żeńskimi partiami wokalnymi, nawet tymi naprawdę wymagającymi, które na płytach wyśpiewane zostały przede wszystkim przez Fontellę Bass, jak "Breathe", czy "All That You Give". Rola męskich partii wokalnych przypada na koncertach Larry Brownowi - gitarzyście, który sam ze swoim instrumentem występuje również jako support zespołu (z niezłym skutkiem), który również świetnie sobie poradził. Chociaż osobiście zabrakło mi wokalu Patricka Watsona, a koncertowa wersja "To Build A Home", choć fantastycznie rozbudowana, jakoś do mnie nie do końca trafiła . Ale w podsumowaniu należą mu się jedynie głośne oklaski.
Nie mniejsze brawa należą się również muzykom samego zespołu, którzy jadąc w trasę mają szansę dać uwolnić te elementy, które podczas nagrań w studiu musiały zostać zamknięte w pewnej zwartej formie. W ten sposób wielokrotnie dochodziło do solowych popisów właściwie każdego z muzyków ze zdecydowaną przewagą saksofonu (Thomas Chant) oraz perkusji (fenomenalny Luke Flowers). Natomiast wzmożona aktywność gitary elektrycznej oraz jej solowe partie (Stuart McCallum) były w szczytowych momentach w stanie niebywale ścisnąć za gardło.
Ślizgając się po wielu muzycznych zakamarkach "mistrzowie nu jazzu", jak się ich określa w celach promocyjnych, docierali do publiki poprzez miksturę jazzu, soulu, a nawet czegoś co w momentach śmiało można było określić jako rock progresywny. A wszystko to cały czas opierające się na sukcesywnym budowaniu napięcia - od początku, przez rozwinięcie aż do głośnego, przejmującego punktu kulminacyjnego. A potem już tylko wydech.
Szczerze mówiąc występ The Cinematic Orchestra trudno dzielić na części, utwory, czy ogólnie rozpatrywać inaczej niż jako całość. To był jeden z tych koncertów, kiedy zespół mógłby nawet nigdy nie wydać singla poddanego późniejszej promocji radiowej. Po prostu muzyka broniła się sama.
Tekst: Albert Kowalczyk / wp.pl + Galeria foto Joanna Kurkowska / wp.pl

"Życie Warszawy" - relacja
Kliknij, aby powiększyć:

Wywiad z plejada.pl
|
|